K.Czerska nie nastawiaj się na to, że będzie idealnie. Będzie masakra przez pierwsze dni, w szpitalu jest ok, masz pomoc, a w domu pierwsze chwile, pierwsze noce to jest strach, co chwilę się budzisz czy wszystko ok z dzieckiem, sprawdzasz co parę minut. Po kilku dniach wbijasz się w rytm i już leci z górki I nie przejmuj się, jak nie posprzątasz, nie poprasujesz, to nic. Powoli się ze wszystkim zorganizujesz i zobaczysz, że to nie jest żadna filozofia
Ja po pierwszym porodzie (cesarka) czułam się świetnie, dziecko było grzeczniutkie i ogólnie wszystko jak z bajki - idealnie Zero rozchwiania emocjonalnego, burzy hormonów, czy baby bluesa. Po 2 porodzie (SN) już trochę gorzej, mimo że jestem bardzo stabilną emocjonalnie osobą kilka razy zdarzyło mi się popłakać bez powodu, każda bzdura potrafiła wywołać natychmiastowo łzy w oczach, do tego rana po nacięciu bardzo bolała, więc zajmowanie się dzieckiem było utrudnione. Ciężka była również rozłąka z powodu porodu z 1 dzieckiem. Całe szczęście po 2-3 tyg. wszystko wróciło do normy
Nie wiem czy to co miałam to był baby blues ale faktycznie łatwo nie było. Siedziałam tydzień w szpitalu bo dostawałam antybiotyk. Czułam się bardzo dobrze i chciałam iść do domu a tu codziennie lekarz “dzisiaj nie dzisiaj nie” i z dnia na dzień robiłam się coraz bardziej smutna,płaczliwa, zdenerwowana, podłamana itd. Zapraszałam dużo ludzi żeby zajęli mi czas i żebym nie myślała o tym wszystkim.Najgorsze było jednak to jak pierwszy raz dali mi syna na ręce, który był cały czas w inkubatorze. On się tak bardzo na tych moich rękach rozpłakał a ja nie potrafiłam go uspokoić. Był przyłączony do jakiś aparatur i nagle to wszystko zaczęło piszczeć.Masakra wróciłam na sale do mojej córci przytuliłam ją mocno i zaczęłam wyć. Stwierdziłam, że nie dam rady z dwójką, że zabieram małą i idę do domu…na szczęście duże wsparcie rodziny i powrót do domu rozwiał wszystko.
Przy pierwszym dziecku było faktycznie ciężko a kiedy to bylo 19 lat temu potem rok po roku troje dzieci było rutyną
ale po 18latach wszystko się zmieniło metody zajmowania się dziećmi artykuły i inne potrzebne rzeczy, ale miałam już wtedy pomoc strasze dzieci ktore i bardzo pomagaly
Podczas porodu już czułam się fatalnie…miałam żal do świata że jestem tu sama i że niema nikogo kto potrzyma mnie za rękę. Do tego na ostatnią akcję porodową zmienił się personel i przyszła położna taka zołza że tylko mnie dobijała. W skurczach błagałam ją o środek przeciwbólowy na co ona mnie wyśmiała że mam przestać myśleć o sobie tylko o dziecku. Później spędziłyśmy tydzień w szpitalu ze względu na żółtaczkę córci. Z dnia na dzień czułam się co raz gorzej a gdy pediatra każdego dnia oznajmiała “dzisiaj jeszcze nie wychodzicie” ryczałam mamie i narzeczonemu do słuchawki że chcę już wracać. Po powrocie do domu czułam się trochę jakby zostawiła gdzieś cząstke siebie a ta druga która została musi być cały czas przy dziecku tak więc siedziałam cały czas przy niej odchodząc tylko do toalety (i to biegiem) i ewentualnie na obiad który wciągałam na szybko i wracałam do dziecka. Nawet gdy mała spała siadałam przy niej i patrzyłam w ścianę czekając aż się obudzi żebym mogła ją nakarmić. Któregoś dnia jednak nie wytrzymałam psychicznie i popłakałam się mojej mamie że czuje się jakby straciła własne życie…jakbym się uzależniła do tego stopnia że nie jestem w stanie nic innego robić tylko przy niej siedzieć. Myślę że gdyby nie jej pomoc oraz narzeczonego i zaganianie mnie abym odeszła od córki i wyręczania w różnych obowiązkach mogłoby się to skończyć gorzej. Dzięki nim po miesiącu doszłam do siebie i nauczyłam się znowu żyć :). Najważniejsze aby mieć wsparcie bliskich.
Cerien ja urodziłam syna dwa tygodnie temu i mam dokładnie tak jak ty. Do tego dochodzi paniczny lek przed tym ze to nigdy nie minie. Codziennie płacze juz nie daje rady i czuje ze stracilam własne życie. Nie umiem się cieszyć synem. Chciałabym z kimś porozmawiać bo najbliżsi nie rozumieją mnie.
M.Chudzik a masz wsparcie w mężu? Pomaga Ci czy zostałaś z tym sama? Przepraszam że tak pytam ale to jest kluczowe
U mnie w szpitalu również nie mogłam na pomoc liczyć, położne były obojętne,sprawdzały tylko czy karmimy dieci i to by było na tyle.Byłam z małym w szpitalu 7 dni-był wcześniaczkiem, mimo braku pomocy miałąm jakieś poczucie bezpieczeństwa bo to przecież szpital.Wreszcie upragniony powrot do domku i… nie mogłam przestać płakać, bałam się że go nie wykarmię(karmiłam piersią), że przestanie oddychać, że nie dam rady się nim zająć…Płakałam,wpadłam w histerię, mąż chcial już dzwonić do jakiegoś lekarza,widział że jest zle, małego tylko karmiłam i przebierałam i dalej histeria,aż w końcu zasnęłam ze zmeczenia. Następnego dnia wsystko wróciło do normy i cieszę się każdego dnia że się nie poddałam i Wam Mamy też życzę duuuzo wytrwalośći. Dla swojego dzieciatka jesteście najlepszymi mamami na świecie:)
Ja miałam dwa ataki depresji po porodzie. Pierwszy raz w Centrum Zdrowia Dziecka, gdzie trafiliśmy jak Mały miał tydzień. Płakałam non stop, nie jadłam i cały czas obwiniałam siebie że jest tam przeze mnie. Dobijało mnie to miejsce tak że chciałam z tamtąd wybiec jak najszybciej, bo czułam że jeśli tego nie zrobię to się uduszę. Zmieniał mnie mąż i jak już byłam za zewnątrz to wyłam jeszcze bardziej, że jaka że mnie wyrodna matka że moje miejsce jest przy Dziecku i że myślę tylko o sobie i że muszę wracać. Wracałam i znowu czułam że się duszę - i tak w kółko.
Drugi raz dopadło mnie jak straciłam pokarm. Od początku było ciężko, bo Mały nie chciał ssać więc zostawał mi tylko laktator a i nim uciągałam żałosne 30 ml na raz. Ale coś było. Najpierw to dawało 3 porcję mojego mleka na dobę, potem 2 a w końcu tylko 1, ale coś było. Chodziłam do specjalistów, wlewałam w siebie hektolitry wody, herbatek i innych wynalazków. Wstawałam w nocy co 1,5 godziny żeby stymulować piersi, brałm tabletki homeopatyczne i odciągałam z dwóch piersi na raz i nic, kompletnie nic się nie poprawiło, a jednego dnia, poprostu w jednej chwili przestało lecieć wcale.
Przez prawie 3 tygodnie nie mogłam sobie ze sobą poradzić. Wszyscy dookoła w tym lekarze opowiadali jak to naturalny pokarm jest potrzebny, szczególnie mojemu dziecku w związku z wirusem, z którym ciągle walczy i że MUSZĘ mu dawać swój pokarm. Słyszałam że wszystko siedzi w głowie, że KAŻDY ma pokarm, więc MUSZĘ się bardziej postarać i tyle.
Znowu płakałam całe dnie i nie miałam siły na nic. Na to nałożyły się kolki mojego syna i moja bezsilność osiągnęła punkt kulminacyjny. Czułam się pół matką, która się do niczego nie nadaje, najpierw go nie umiałam urodzić (miałam CC) a teraz nie umiem wykarmić. Pewnego dnia poprostu nie podniosła się z łóżka do płaczącego dziecka. Wtedy mój mąż zabrał mnie do psychologa w poradni laktacyjnej. Byłam u niej raptem 2 razy, ale wystarczyło. Uświadomiła mi że naprawdę zrobiłam wszystko co się da, że to jak się czuję to efekt panującego terroru laktacyjnego i że to nie prawda że KAŻDA matka ma pokarm, tak jak nie każda KOBIETA może matką zostać mimo prób i starań. Czasem są to przyczyny zdrowotne (hormony, prztkane kanalizacji mleczne, niedorozwój gruczołów itp) i że nie wolno mi się za dręczą.
Nadal ten temat jest dla mnie bardzo ciężki, myślę że czas pomoże, ale odpuściłam, nie płacze.
Oj Gosiu dużo przeszłaś…najważniejsze jednak że już jest lepiej. Świetnie Cię rozumiem ale dobrze że masz i miałaś oparcie u męża.
Ja całą ciążę i poród znakomicie zniosłam. Męża nie było przy mnie jak rodziłam, bo zdecydowaliśmy się, że nie będzie rodzinnego porodu. Bardzo miły personel szpitala, wszyscy życzliwi i wyrozumiali. Trzy dni, które spędziłam w szpitalu były wręcz cudowne. Mały nie płakał, zasypiał w moich ramionach. Ale cos zaczęło się dziać jak wróciliśmy do domu. Mały już nie spał tak dużo, płakał, ja wiecznie niewyspana, widział tylko pieluchy, brudne ubranka i mleko. Oj ciężko było. Maż zajmował się małym a ja leżała i patrzyłam się w sufit. Moje pierwsze dziecko, nie byłam zbyt doswiadczona. Dopadła mnie jakas depresja, z którą dość szybko sobie poradziłam. Ne wracam do tego co było tylko teraz cieszę się synkiem. Chyba kazda z nas musi nauczyć się nowej roli.
Agrafka tak na prawdę najważniejsze w tej sytuacji jest wsparcie bliskich.
Ja nie mialam depresji po porodowej ale baby blues tak. Chcialo mi sie plakac i jakos tak wkrecalam sobie jakies porblemy, ktorych nie bylo. Czesto za nasze hustawki nastrojow po porodzie odpowiadaja po prostu hormony trzeba to przetrwac, miec oparcie w bliskich. Oni napewno zrozumieja ze teraz mamy prawo gorzej sie czuc ale wszystko wroci do normy.
Mi to te hormony szalały na całego. Współczułam wtedy mężowi, bo wiedziałam że zrobiłam się okropna, ale po kilku tygodniach wszystko wróciło do normy. Mąż czasami wkurzał się na mnie, ale szybko wybaczał.
Ja strasznie przeżywałam pierwsze dni. Dużo płakałam, czułam się nieporadna, słaba i ciężko mi było. Poród był dla mnie cudownym przeżyciem, z “obsługą” techniczną noworodka też nie miałam problemów, ale wewnętrznie było mi źle i nie miałam na to przyczyny konkretnej. Mąż bardzo mnie wspierał i w sumie samo poczucie bezradności szybko minęło, choć maluszek dawał się we znaki, niestety tragedia rodzinna w 16 dniu życia mojego synka spowodowała, że pierwsze miesiące były dla mnie bardzo ciężkie. Jeszcze w połogu musiałam przeżyć śmierć ukochanego taty, pogodzić się z faktem, że syn nigdy nie pozna dziadka, że tak wiele pierwszych razów dziadek już nie przeżyje z nami.
Ale o dziwo dziecko dało mi właśnie siłę. Musiałam się przemóc i jakoś się trzymać. Maluszek robił się coraz fajniejszy, mniej płakał, nauczyliśmy się siebie dosyć szybko i poporodowe smutki odeszły w zapomnienie. Pozostał smutek po stracie taty, ale na to lekarstwem jest tylko mijający czas.
Dużą pomocą i przygotowaniem były spotkania z położną i szkoła rodzenia. Wiedziałam czego się spodziewać, nastawiłam się, że nie będę od razu gotować dwudaniowego obiadu z deserem i prać i prasować i jakoś tak po 3-4 tygodniach leciało już całkiem z górki.
Pierwsze tygodnie są naprawdę ciężkie, oprócz dolegliwości poporodowych dochodzi mnóstwo obowiązków i trzeba sobie ze wszystkim poradzić. Ja po przyjeździe do domu miałam problemy z karmieniem maluszka i bardzo się o to obwiniałam . Był taki moment że płakałam razem z maluszkiem i obwiniałam się że jestem złą matką , że nie potrafię wykarmić własnego synka. Okropne uczucie rozbicia, złości i bezradności.Bardzo chciałam karmić a pokarmu miałam bardzo mało, pomoc koleżanki która pomogła mi w tym najtrudniejszym momencie okazała się bezcenna. Myślę że każda kobieta szczególnie w tych dniach potrzebuje dużo wsparcia i pomocy w codziennych obowiązkach.
Mnie dopadło coś, czy baby blues, czy depresja nie wiem. wiem tylko, ze nie potrafiłam przzestać płakać, mimo że chciałam, mimo, że byłam przeszczęliwa, że mam tak cudownego synka. ale jak na niego patrzyłam beczałam, jak go przytulałam, a moje serce wypełnione było miłościa (dale jest, oczywiście) beczałam. czemu? nie wiem, tym bardziej ze przez całaą ciążę starałam się jak najlepiej przygotować do roli mamy i wiedziałam, że dla Tobcia zrobię wszystko, by być najlepsza mamą na świecie…
Taki stan trwał u mnie ponad miesiąc. najgorsze bylo to że nikt mnie nie rozumiał i slyszalam tylko “po co beczysz” , “dziecko drażnisz” i w tedy miałam dość. wolałam zostawić Tobcia ojcu i wyjść, a później sobie wyrzucałam, jak maluszka potraktowałam i było jeszcze gorzej…
Daria tak masz rację bez wsparcia bliskich jest ciężko…bardzo cięzko przez to przejść. Szkoda że Twój mąż nie wysilił się by zrozumieć że jest ci ciężko. A powiedz czy juz jest lepiej?
Ewelciu, on rozumiał, że jest mi ciężko, że jestem zmęczona, rozumiał, ze coś tam boli, ale nie rozumiał mojej postawy wycofania, płaczu, rozpaczy w pewnych momentach. zresztą ja też nie rozumiałam… i nie dziwię mu się, ale mógł też inaczej reagować, zamiast tak gadać, po prostu przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze.
Teraz jest rewelacyjnie jakoś to samo przeszło, ot tak. może dlatego że zaczęłam bardziej Tobcia rozumieć. a na pewno dużo mi pomógł jego uśmiech, jak o poranku wsadzę głowę do łóżeczka, a Mysiek się szczerzy, jak do niego mówię, a on rozpoczyna swoją litanię gugania…
No tak kochana czego sir nie robi dla tego usmiechu :). Wbrew pozorom jestes bardzo silna kobieta wiesz???