Zrozumieć nastoletnią matkę

Długo zastanawiałam się czy historia, którą chcę opowiedzieć mieści się w ramach hasła: „Troskliwa położna to ja”, gdyż rzecz miała miejsce, gdy jeszcze nie byłam dyplomowaną położną, a jedynie studentką. Z drugiej zaś strony bycie położną, to nie tylko dyplom, ale też styl życia, który powinien towarzyszyć każdemu, kto pozna piękno tego zawodu.

Byłam wtedy studentką III roku. Uczęszczałam właśnie na praktyki w sali porodowej. Odbywałam je w szpitalu, gdzie studenci byli niezwykłą rzadkością, a personel medyczny nie był nastawiony pozytywnie do nauczania przyszłej kadry.
Pewnego dnia całą salę porodową ogarnęła panika. Wieźli właśnie do nas 15-latkę z porodem w toku. Dziewczyna byłą w 27 tygodniu ciąży, a w tym szpitalu bardzo, bardzo rzadko zdarzały się narodziny tak skrajnego wcześniaka. Dziewczyna nikomu nie powiedziała, że spodziewa się dziecka i skutecznie ukrywała to przed otaczającymi ją ludźmi. Jej rodzice nie wiedzieli o ciąży, gdyż ich córka mieszkała w bursie ponad 200 km od domu. Nauczyciel znalazł krwawiącą i spanikowaną nastolatkę w toalecie i natychmiast wezwał karetkę. Dziewczyna łyknęła kilka tabletek przeciwbólowych myśląc, że dzięki nim czynność skurczowa ustanie.
Poród odbywał się w izbie przyjęć. Gimnazjalistka była w szoku, co bardzo utrudniało współpracę. Na widok nożyczek do nacięcia krocza dosłownie uciekła z łóżka. Ponieważ wszystko działo się tak szybko, niewiele mogłam pomóc przy porodzie. Postanowiłam uspokoić nastolatkę. Złapałam ją za rękę, mówiłam spokojnie i powoli, aby skupiła się na dziecku i na tym o co prosi ją położna. Koncentrowałam jej uwagę na oddechu i na parciu. Niestety poród był niezwykle trudny i traumatyczny. Dziecko urodziło się niedotlenione i bardzo sine od klatki piersiowej w górę.
Gdy już wszystko dobiegło końca, położne udały się do dyżurki. Mi nie wolno było tam wchodzić, a mogłam jedynie odpocząć na kozetce przed ich pokojem. Zaczęły się rozmowy na temat całego zdarzenia. Słyszałam komentarze: „Ale ta smarkula była nieznośna”, „Taka gówniara w ciąży?! Widać jak to się kończy!”, „Będzie miała nauczkę, bo dziecko na pewno długo nie pożyje”. Byłam w szoku, ale nie odważyłam się na wtrącenie do rozmowy, bo bałam się, że przez upomnienie ich będę gnębiona do końca praktyk. Po powrocie do domu męczyły mnie okropne wyrzuty sumienia, że zachowałam się jak tchórz, a także przez sam fakt, że personel tak postrzegał młodocianą matkę. Przecież jej nie znały, przecież nie wiedziały co ona teraz czuje i jak się czuła, gdy ukrywała ciążę i siedziała przerażona w toalecie, bojąc się wezwać pomoc….
Na kolejnym dyżurze poszłam do młodej matki tak po prostu zapytać się jak się czuje. Dziewczyna była w fatalnym stanie emocjonalnym. W ogóle nie chciała ze mną rozmawiać, jednak po jakimś czasie udało mi się zdobyć jej zaufanie. Przyznała się, że widziała swoje dziecko tylko przez szybę, bo według niej nie miała prawa podejść bliżej, a poza tym wie co o nie wszyscy myślą. Najbardziej przykre było to, że pielęgniarka widząc nastolatkę wpatrującą się w swoje dziecko powiedziała jej, żeby najlepiej stąd poszła, bo i tak wystarczająco dużo „dobrego” już zrobiła. Jak dla mnie tego było już za wiele. Byłam przerażona zachowaniem kadry medycznej. Wzięłam gimnazjalistkę z rękę i zaprowadziłam ją do maleństwa. Poprosiłam pielęgniarkę, aby pozwoliła matce dotknąć swoje dziecko. Nastolatka włożyła ręce do inkubatora i głaskała swojego synka. Nie mogła powstrzymać wzruszenie, ja również. Widziałam na twarzach pielęgniarek, że one również są wzruszone. Myślę, że po raz pierwszy pomyślały o młodej mamie, że jest po prostu przerażoną i zagubioną dziewczyną, która przeżyła ogromną traumę, a która powinna być otoczona niezwykła opieką i pomocą w przejściu przez to wszystko. Nastolatka potrzebowała wsparcia jak nigdy wcześniej, tym bardziej, że za kilka godzin straciła swoje maleństwo.