W trosce o samą siebie i moje dziecko

 Skoro można być BOHATEREM SWOJEGO DOMU, to zapewne można też być troskliwą położną wobec samej siebie.

Od paru lat pracuję na oddziale patologii noworodka, nie mam wiec do czynienia z kobietami ciężarnymi, ani z samym cudem natury jakim jest ciąża i poród.
Na mój oddział trafiają głównie wcześniaczki. Oczywistym jest, że każda z moich koleżanek, ze mną włącznie, codziennie udziela wsparcia rodzicom naszych malutkich pacjentów. Zabiegi pielęgnacyjne, nauka karmienia, przystawianie do piersi, a także często zwykła rozmowa- leży w naszym obowiązku, jest to nieodzowny element naszej pracy. Nie ma w tym nic WIELKIEGO, nie pracujemy przecież w piekarni, jest to oddział pełen emocji, oraz historii wobec których nie da się przejść obojętnie.
W trakcie swoich dyżurów wielokrotnie starałam się wcielić w role rodzica, wydawało mi się iż obcując z tymi maleństwami, oraz ich zatroskanymi opiekunami, wiem co czują. Udzielałam rad, porównywałam i przytaczałam różne przypadki by dać rodzicom wiarę i nadzieję na lepsze jutro.
Pamiętam jakby to było wczoraj, iż wielokrotnie zwracałam uwagę na to, żeby nie szukali odpowiedzi na swoje pytania w internecie, nie przesiadywali na forach i nie radzili się wujka Google. Sugerowałam, iż pytania powinni kierować do lekarzy, a o jednostkach chorobowych jakie wikłają przebieg okresu noworodkowego ich dzieci czytali wyłącznie w sprawdzonych źródłach.
Wszystko zmieniło się kiedy sama zaszłam w ciążę, a moje maleństwo zaczęło śpieszyć się na świat w 26 tygodniu ciąży. Trafiłam wówczas do szpitala, tym razem jako pacjent, zatroskany rodzic, czujący totalną bezradność. Oczywiście wieści o moim zawodzie szybko się rozniosły, jednak początkowo ja sama czułam iż uleciała mi z głowy cała wiedza, doświadczenie i co gorsza resztki zdrowego rozsądku. W chwilach grozy, kiedy lekarze nieustannie próbowali powstrzymać u mnie czynność skurczową, zamiast zastanowić się co może być tego przyczyną, dniami i nocami korzystałam z internetu w telefonie czytając fora o wcześniakach, opisane przypadki porodów przedwczesnych, przeglądając statystyki które raz doprowadzały mnie do rozpaczy, innym razem ciut podnosiły na duchu.
Na szczęście w odpowiedniej chwili doprowadziłam się do porządku, i kiedy zapadła decyzja, że dłużej nie można powstrzymywać porodu, a był to zaledwie 29 tydzień ciąży, postanowiłam sprzeciwić się wszystkim lekarzom, i nie wyraziłam zgody na ukończenie ciąży. Nagle doznałam olśnienia, zdrowy rozsądek zaczął powracać wraz z wiedzą jaką zyskałam na studiach oraz w pracy.
Podjęłam walkę o swoją ciąże, mojego maluszka i jego jak najdłuższy pobyt w brzuchu! Kontrolowałam każdy krok podejmowany przez lekarzy, domagałam się badań, konsultacji, wyjaśnień. Zwracałam uwagę na każdy, nawet najdrobniejszy niepokojący szczegół. Wiem, że stałam się bardzo niewygodnym pacjentem, bowiem wszystkie decyzje podejmowane w mojej sprawie, musiały być podparte silnymi argumentami. Zapewne wszyscy mieli mnie dosyć, przecież ciąże koleżanek z sali, które miały podobne dolegliwości już dawno zostały ukończone, a ja “zajmowałam łóżko na oddziale” 6 tyg na wagę złota traktując każdy dzień!
I udało się, nie poddałam się,a wierzcie mi, pod koniec pobytu w szpitalu czułam iż jestem jedyną "TROSKLIWĄ POŁOŻNĄ " wobec mojej osoby.
Obecnie jestem w domu, a mój synek dalej w brzuchu. To już prawie 34 tc :slight_smile: Wywalczyłam dla swojego maleństwa 5 tygodni życia wewnątrzmacicznego i jakieś 700 gram wagi, (kiedy zapadła decyzja o porodzie w 29 tyg mały ważył 1300 gram, pomijając 20% granice błędu). Oboje planujemy pozostać jeszcze parę tygodni w tzw dwupaku :slight_smile: ucierając nosa tym którzy chcieli nas rozdzielić.

Trzymam kciuki za “dwupak” i życzę nadal zdrowego rozsadku :slight_smile: