Położna na bloku… ale operacyjnym

Zawód położnej wybrałam nie przypadkiem. Już od młodzieńczych lat chciałam być położną. Pragnęłam towarzyszyć kobietom w największym cudzie jaki je spotyka, w cudzie narodzin ich dziecka. Zawód położnej wiązałam z ciężarnymi/rodzącymi lub z najmłodszymi pacjentami. Jednak los postawił mnie w zupełnie innym miejscu. Po zakończeniu studiów, pełna entuzjazmu ruszyłam w poszukiwaniu pracy. Jakże się cieszyłam, gdy w jednym ze szpitali usłyszałam od przełożonej, że jest wolne miejsce pracy na bloku. Moim wymarzonym bloku! Jednak moja euforia nie trwała długo, po chwili zostało dodane OPERACYJNYM… I tak już od kilku lat jestem położną… instrumentariuszką na bloku operacyjnym ginekologiczno-położniczym. Początki były ciężkie, zderzenie z rzeczywistością panującą w szpitalu, zupełnie inny oddział od tych wymarzonych, kompletny brak wiedzy na temat pracy na bloku operacyjnym. Jednak z upływem czasu nauczyłam się pracować na stanowisku instrumentariuszki i polubiłam to. Jestem szczęśliwa w miejscu w którym jestem. Na bloku operacyjnym kontakt z pacjentem jest znacznie ograniczony. Spotykam się z pacjentką dopiero na sali operacyjnej, jest to tak naprawdę nasz pierwszy i ostatni kontakt. Czy mimo to jestem troskliwą położną? Mam nadzieję, że mogę siebie tak nazwać. Towarzyszę kobietą nie tylko przy narodzinach ich dziecka podczas cięcia cesarskiego, ale również asystuję przy operacjach ginekologicznych, ciężko chorych pacjentek onkologicznych. Jestem z kobietami w ich szczęściu, ale i również w nieszczęściu. Przyszłe matki trafiają na blok operacyjny z różnych wskazań, czasami są to planowe cięcia cesarskie innym razem nagłe ze wskazań życiowych matki lub dziecka. Jako instrumentariuszka czysta lub brudna zawsze staram się mamę wesprzeć słowem i uspokoić, zapytać o płeć i imię dziecka, potrzymać za rękę, pogłaskać po policzku czy pogładzić po włosach, powitać nowego obywatela na świecie i pogratulować mamusi najpiękniejszego dzidziusia. Ta odrobina zainteresowania daje pacjentce pewność i spokój. Spotykam się również z kobietami, które przechodzą znacznie cięższe operacje. Są to kobiety mające problemy ginekologiczne, często chore onkologicznie. Co powiedzieć takiej kobiecie? Długo nie umiałam zachować się w takiej sytuacji, ale z czasem nauczyłam się tego. Najgorsze co można zrobić to pozostać obojętnym w stosunku co do cierpiącej pacjentki, nie okazać nawet cienia zainteresowania, co niestety często się zdarza w szpitalach. A tak naprawdę wystarczy ciepłe słowo, czuły gest, pogładzenie po dłoni, potrzymanie za rękę. Staram się stworzyć na bloku atmosferę bezpieczeństwa i ciepła, po prostu być z pacjentkami w chwili ich szczęścia i nieszczęścia, dać im poczucie, że nie są same. Jako instrumentariuszka jestem anonimowa, na sali operacyjnej nie mam plakietki z imieniem i nazwiskiem, mam czapkę i maskę. Wydawałoby się, że pacjentki nie wiedzą kim jestem, a jednak… Zdarzają się sytuację, gdy idąc korytarzem zaczepia mnie, któraś z mam, przy której cięciu cesarskim byłam i dziękuje za wsparcie podczas operacji i opiekę. Jest to dla mnie niezwykle miłe i ważne, że mimo krótkiej i wydawałoby się anonimowej opieki nad pacjentkami jestem przez nie zapamiętywana.
Nie ma jednej sytuacji, którą mogłabym opisać. Codziennie asystuję przy operacjach większych lub mniejszych, ale zawsze stresujących dla pacjenta. Każdą kobietę staram się traktować indywidualnie, dać jej poczucie bezpieczeństwa, obdarzyć ciepłem i troską przez ten krótki czas, który spędzamy razem. Nie chcę, aby kobiety czuły się samotne w tak ważnych, a czasem ciężkich chwilach. Myślę, że położna na bloku, ale na bloku operacyjnym też może być troskliwą położną.

Witaj Igusia, Twoje wsparcie podczas mojego 6 tygodniowego pobytu w szpitalu jest nieocenione :slight_smile: ! <3