Marząc sobie o zawodzie położnej nie brałam w ogóle pod uwagę sytuacji, kiedy w grę wchodzi jakaś patologia w szerokim jego znaczeniu. Już na zajęciach praktycznych w czasie studiów zawodowych musiałam się uporać z nieszczęściem, które dotyka rodziców i bezbronne dzieci.
Na oddziale noworodkowym gdzie miałam praktyki pamiętam, jak opiekowałam się kilkudniowym chłopczykiem. Położne oraz pielęgniarki z oddziału nazwały go Maciusiem. Potrzebował więcej czułości i miłości, ponieważ jego matka zrzekła się praw rodzicielskich i nie miał bliskości i ciepła z chwilą narodzin. Jego matka na pewno nie dbała o Maćka kiedy był w brzuszku. Widać było gołym okiem że dziecko jest niedożywione i bardzo słabe.
Codziennie chodziłam do Niego po godzinach praktyk na oddział i karmiłam, przytulałam, przebierałam go do czasu kiedy sprawy formalne nabrały mocy. Zżyłam się z Nim, chciałam, żeby na czas pobytu w szpitalu niczego mu nie brakowało, przede wszystkim chciałam, aby czuł się bezpieczny i chciany.
Największa zapłatą jaką mogłam od tego chłopczyka dostać do był jego uśmiech.
Do tej pory trzymam za niego kciuki i mam ogromna nadzieję, że ma się dobrze i jest szczęśliwym dzieckiem.