Rodzice dzieci, przebywających w moim oddziale, zwykle pokrzywdzeni są już przez sam los, dlaczego więc dodatkowo krzywdzą siebie na wzajem? Zamiast być dla siebie wsparciem, głośno obgadują, komentują, skarżą na siebie do lekarzy i pielęgniarek…
Pamiętam dzień, w którym na mój oddział (patologii noworodka) przyjęta została maleńka dziewczyna- Marysia. Gdybym miała wypisać co jej dolegało zabrakłoby znaków. Najprościej mówiąc wielowadzie…
Powiem szczerze że wiele w życiu widziałam, a stan tego dziecka bardzo mnie poruszył. Pech chciał że oddział był przepełniony, wszystkie indywidualne sale były zajęte przez matki karmiące piersią. Dziewczynka wraz z mamą trafiła do sali w której znajdują się 4 stanowiska noworodkowe. Pozostałe trzy zajmowały dzieci z zółtaczką fizjologiczną, i młodymi mamami.
Mama Marysi nie należała do najmłodszych, jak się okazało miała 48 lat, i prócz swoich dzieci, wnuczęta… Możecie więc sobie wyobrazić komentarze młodych mam przyglądających się “staruszce” tulącej dziecko “z horroru”- bo właśnie takie komentarze wyłapać można było w “szepcie” młodych dziewczyn. Mama Marysi mimo swojej prostoty, doskonale zdawała sobie sprawę jakie konsekwencje ponosi za sobą stan jej córeczki, lekarze nie dawali jej szans… w stosunku do wielu schorzeń byli bezradni… Ja natomiast wyszłam z założenia że pomoc, należy się nie tylko dziecku, ale również i Matce! w stosunku do Matki nie byliśmy bezradni… przecież ta biedna kobieta nie dość że zatroskana losem swojego dziecka, to jeszcze wystawiona była na ogromną podłość i krytykę tymczasowych współlokatorek… Ogarniało ją ogromne poczucie wstydu, za swój wiek, za swoje dziecko, a tym samym ogromne wyrzuty sumienia, bo przecież jak można wstydzić się własnego maleństwa…
Postarałam się wiec o przeniesienie Marysi do indywidualnego boksu, pamiętam że poruszyłam wtedy niebo i ziemie,-niby prosta sprawa, ale nie w chwili gdy fizycznie nie ma miejsca. Musiałam na własną rękę znaleźć taka matkę z boksu pojedynczego, która zrozumie sytuację, i poświęci swoją wygodę, dla spokoju ducha obcej kobiety… Niestety większość kobiet karmiących odsyłała mnie z kwitkiem, przecież one są kobietami karmiącymi co czyni je lepszymi matkami… Mama Marysi nie mogła karmić z powodu przeciwwskazań medycznych. Lekarze nie widzieli potrzeby szukania kobiecie azylu, nie zaangażowali się więc w szukanie miejsca dla tej dwójki, a o ile prościej byłoby, gdyby to lekarz zarządził przenosiny. Pacjenci zazwyczaj nie dyskutują z lekarzami. Po wielu rozmowach, z wieloma matkami w końcu znalazłam kobietę, która stwierdziła “nie ma o czym mówić” i zanim powiadomiłam o tym oddziałową, już stała z walizką i dzieckiem pod pachą przed zwolnionym przez nią boksem. Kiedy Mama Marysi, usłyszała o wygospodarowanym dla niej boksie, popłakała się z ULGI. Powiedziała mi że na to w jakim stanie urodzi się jej dziecko, przygotowywała się połowę ciąży, natomiast nie pomyślała o tym, by psychicznie przygotować się na okrucieństwo otaczających ją osób. Błacha sytuacja, nie uratowałam nikomu życia, ale zapadło mi to najbardziej w pamięć… to chyba w jej oczach najbardziej dostrzegłam wdzięczność.