Pomyślałam sobie- rodząca jak każda inna… Zresztą wszystkie moje rodzące traktuję na sali porodowej jak tylko umiem najlepiej.
Moja rodząca miała na imię Marysia,jej mąż Norbert. Po chwili rozmowy poznaliśmy się. Okazało się, że Ci właśnie przyszli rodzice to studenci 6 roku Akademii Medycznej na Wydziale Lekarskim. Niespełna 4 miesiące wcześniej oboje odbyli praktyki na Naszym Oddziale Położniczo-Ginekologicznym. No i moje przeczucia okazały się słuszne. Cały nasz poród okazał się lawiną pytań i wiedzy książkowej, takiej wykutej na studiach. Pierwszy raz Marysia miała założony wenflon, oboje podziwiali pomiary miednicy, po raz pierwszy widzieli miednicomierz - podczas gdy w szkole położnych to był podstawowy osprzęt do nauki na koleżankach Cały czas czułam się obserwowana, może i kontrolowana - jednak swoim profesjonalizmem i pozytywnym nastawieniem szybko zyskałam zaufanie. Pomimo moich próśb, zachęty Marysia nie chciała korzystać ze wspomagaczy - piłki, prysznica… Wolała leżeć, nie miała siły. Cóż, w późniejszych godzinach nie obyło się bez znieczulenia zewnątrzoponowego. Zaoferowałam im dosłownie wszystko, czym można było ułatwić poród.
Kiedy doczekaliśmy szczęśliwie do drugiego okresu porodu - Norbert bardzo wspierał żonę, no i zamiast pomagać przyginać jej głowę do klatki piersiowej bacznie zaglądał tam, gdzie zazwyczaj mężczyźni będący przy porodzie panicznie się boją. Było to dla mnie troszkę wyjątkowe i dziwne, bo miałam wrażenie, jakby Norbert traktował to co się dzieje bardzo po lekarskiemu. Bardziej był skupiony na wychodzącej główce, niż na zmęczonej Marysi. Sytuacja była lekko komiczna. W momencie narodzin oboje byli bardzo szczęśliwi, tata przeciął pępowinę. No i kiedy zazwyczaj świeżo upieczeni rodzice podziwiają swego synka lub córeczkę, moi rodzice generalnie wykonali badanie lekarskie - czyli obejrzeli swoje nowo narodzone dziecko klinicznie Poczekałam chwilkę, po czym stanęłam przy nich i powiedziałam " Kochani oceniliście już Waszą córeczkę okiem lekarskim, a teraz proszę Was, spójrzcie na nią jako rodzice. Coś w nich pękło. Cieszyli się przecudnie, przytulali, całowali. Piękne chwile. Tego w pierwszej chwili mi brakowało. Pokazałam im dobrą drogę, poczuli ulgę. Bardzo mi dziękowali, za opiekę podczas porodu, za pomoc w przyjściu na świat ich córeczki oraz szczególnie za zrozumienie ich jako lekarzy ale też za pokazanie im roli mamy i taty.
Ten wyjątkowy poród zapamiętam na długo. Tutaj wiedza książkowa, kliniczna, lekarska w końcu przegrała z rodzicielską miłością. Wspaniałe przeżycie.