Rok temu zdałam trzy letnią naukę położnictwa, teraz z niecierpliwością czekam na magisterkę. W czasie tego roku zaczęłam pracować na Oddziale Patologii Ciąży i na Położnictwie. Dwa różne miejsca, dzięki którym uczę się co rusz czegoś nowego każdego dnia.
Wróćmy jednak do czasów studiowania. Na II roku zaczęłam praktyki na sali porodowej pod nadzorem wspaniałego mentora (położnego). Już pierwszy dyżur przekonał mnie, że to jest to co pragnę robić w przyszłości. Oczywiście, stres był i to duży. Przygotować zestaw do porodu? Ale jak? Co dodać? Przecież ręce mi się trzęsą, ja cała w nerwach… Tak, tak. Początki nie były łatwe, ale co najważniejsze – nie poddałam się. Chodziłam na dyżury tak długo jak tylko mogłam, bo sprawiało mi to ogromną przyjemność. Wiele miałam pięknych porodów, gdzie mi samej łzy ze szczęścia napływały do oczy, ale też były i takie, gdzie każda sekunda miała znaczenie, gdzie chwila ratowania noworodka trwała dla mnie jak wieczność. Były porody trwające całe 12 godzin, a były tez narodziny, które trwały kilka minut. Pamiętam do dziś sytuacje, kiedy z izby przyjęć zadzwoniła położna i poinformowała nas, że za chwile przyprowadzi kobietę rodzącą… z całkowitym rozwarciem. W szybkim tempie zdążyliśmy przygotować tylko zestaw. Gdy pojawiła się pacjentka, powiedziała, że chce urodzić w pozycji kucznej. Związku z tym podłożyłam materac, podkład, kobieta jedną ręką zawiesiła się na położnym, a drugą na mnie… Poród był cudowny. Nic nie było trzeba praktycznie robić. Podtrzymywałam tylko główkę, a później maleńkie ciało, które wysunęło się bez najmniejszego oporu z ciała swojej mamy… A przecież główną zasadą przy przyjmowaniu porodu jest: NIE PRZESZKADZAĆ! Jak najmniej badać, dotykać. Po porodzie, kobieta była przeszczęśliwa. Powiedziała, że to jej wymarzone narodziny. Podałam jej dziecko od razu na brzuch, a ona tylko i aż podziękowała z uśmiechem na twarzy. Czego chcieć więcej?
Przecież nawet tak krótka chwila może sprawić radość świeżo upieczonej mamy…