Około 3 lata temu poznałam kobietę, dziś już 35 letnią, szczęśliwą mamę bliźniaków. Jednak droga do tego szczęścia była długa i bolesna… Szczęśliwe, bardzo kochające się małżeństwo. Ludzie nietuzinkowi, specyficzni.
Ona - Kasia - długowłosa szczupła brunetka, zawsze mocno umalowana na czarno, połowa ciała pokryta tatuażami, garderoba raczej w mrocznym klimacie. Kobieta niesamowicie sympatyczna, zabawna, zawsze uśmiechnięta. Dobrze ustawiona finansowo, prowadzi dobrze prosperujący salon fryzjerski.
On - Jacek - równie specyficzny jak ona, wytatuowany mroczny rycerz z dredami do pasa, młodszy od niej o kilka lat. Wpatrzony w nią jak w bóstwo.
Zawsze zwracali się do siebie w czuły sposób, widać było że się kochają.
Jak się poznałyśmy można powiedzieć że od razu się polubiłyśmy, jednak jej nie sposób było nie polubić. Z biegiem czasu, jak nasze relacje zaczęły nabierać bardziej przyjacielskiej nuty Kasia zapytała mnie czy jako położna mogłabym odpowiedzieć jej na kilka pytań, doradzić, ewentualnie pokierować ją w odpowiednią stronę. Po dłuższej rozmowie okazało się, że od dłuższego czasu (teraz już nie pamiętam ile to było - 2 czy może 3 lata) Kasia nie może zajść w ciążę. Oczywiście najpierw doradziłam jej wizytę u lekarza ginekologa, opowiedziałam jak może wyglądać droga przez którą będzie musiała przejść - badania krwi, badanie drożności jajowodów, badania USG… Droga długa i żmudna, jednak nieunikniona w takiej sytuacji. Jacka też oczywiście czekały badania nasienia. Czas mijał, Kasia z Jackiem dzielnie znosili coraz to nowe badania. Ja wspierałam jak mogłam, dawałam nadzieje, prosiłam by się nie poddawali. W pewnym momencie badaniem decydującym miała być laparoskopia zwiadowcza. Zabieg odbył się bez komplikacji i Kasia dzielnie go zniosła. Jego wynik jednak nie był tak zachwycający jak byśmy tego chcieli… Jajowody były w takim stanie, że nawet Pan Bóg by tu nie pomógł, poskręcane, pozrastane - lekarz powiedział że nie widzi możliwości naturalnego zapłodnienia. Zaczęliśmy rozmawiać o In Vitro. Lekarz podsunął im tą opcje jako jedyną dającą szansę na posiadanie dzieci. Zgodzili się, pojechali do Białegostoku na dalsze procedury. Kasia po pierwszym transferze - czekamy na wynik beta HCG - jest! rośnie! Kasia jest w ciąży! Udało się!!
Ale szczęście nie trwało długo, po 2 dniach dostaje telefon - zaczęłam krwawić…poroniłam… słyszę w słuchawce. I co mogę powiedzieć… Kasieńko, tak mi przykro… Tak się czasem zdarza, nie miałaś na to wpływu, nic nie mogłaś zrobić…
Mija jakiś czas, widać że Kasia jest smutna… Ale wiecie co jest najlepsze? W takich momentach wychodzi kto jest ci życzliwy… Dowiadujemy się od znajomych że jeden z naszych znajomych gada: “że nie płodna - co to za kobieta co nie może mieć dzieci, i jeszcze in vitro robiła. I po co jej to było?” Dobrze że jestem damą bo bym mu chyba dała kopniaka w co nieco! MU - czyli chłopcu (bo nie mężczyźnie), który sam ma 2 dzieci, i nie wie co Oni czują, przez co przechodzą. Widać że Kasi jest przykro, ale trzyma się dzielnie. Ja ją wspieram, przyjaciele, rodzina… Mówię: Kasiu, nie zwracaj uwagi, nie słuchaj, nie przejmuj się. To twoje życie, twoje dzieci i ty i tylko ty masz prawo o tym decydować! Nie poddawaj się, nie słuchaj ludzi. Masz siłę to próbuj. Tłumaczę że za pierwszym razem często się nie udaje, nie ma się co poddawać, następnym razem się uda.
Zapada decyzja żeby nikt nie wiedział o następnych transferach. Nikomu nie mówią, robią zabiegi po cichu. Tak na prawdę to sama nie wiem ile przeszła transferów zanim się udało. Mi też nie mówili. Kasia zachodzi w ciążę - nic nie mówi - nie chce zapeszać. Pewnego razu patrzę na nią i dostrzegam mały brzuszek… Głupio zapytać o ciąże, może przytyła, nie chce walnąć głupoty i sprawić jej przykrości, tym bardziej że wiedziałam jak bardzo chce mieć dziecko… Ale pytam jej przyjaciółkę. Tak, Kasia jest w ciąży - słyszę.
Teraz już pytam samej Kasi, przecież i tak już wiem że to ciąża Nie sprawie jej pytaniem przykrości. Kasia potwierdza, będą bliźniaki. Bardzo się cieszę. Czas mija, brzuch rośnie… Będzie chłopiec i dziewczynka
Opowiadam Kasi o porodzie, że pewnie będzie miała cięcie cesarskie. Sama miałam cesarkę więc jestem w temacie
Opowiadam o bólu, o tym jak to będzie wyglądało. Ale nie bałam się o nią, twarda z niej baba, da sobie radę
Chodzimy na zakupy, wybieramy ubranka, wysyłam namiar na dziewczynę co sprzedaje wózek po bliźniakach. Kasia zachwycona, Jacka pod pachę i lecą oglądać - kupują
Jesteśmy na tak zwanej gorącej linii - Kasia dzwoni i pyta czy to jej się przyda, czy jest sens kupować, czy może odpuścić…
Ciąża właściwie bez powikłań, ok 32 tygodnia pojawił się incydent ze skurczami, 3 dni w szpitalu i sytuacja opanowana. Jednak trzeba leżeć w domku i doczekać jeszcze ze 4 tygodnie. Kasia dzielnie leży, zakupy robi przez internet. Odwiedzam ją w domu - drzwi otwiera mi najpierw brzuch, potem Kasia Ale wygląda ślicznie.
Od około tygodnia, a właściwie od “ataku” Ksawerego wisimy na telefonie - pojawiają się skurcze - no-spa i kąpiel - przechodzą… i tak kilka dni. Aż w końcu dostaje smsa od Jacka że dzieciaki się urodziły, że są super, wszystko przebiegło dobrze, bez powikłań Dzieciaki ważą ok 2800 i 2500. Samodzielnie oddychają, wszystko jest ok. Dziś, czyli po 4 dniach od porodu Kasieńka wraca już do domu. Dostaje telefon z zapytaniem, bo jedno z dzieci ma problem ze zrobieniem kupki i co ma zrobić…
Oczywiście długo rozmawiamy - podsuwam kilka sprawdzonych metod:)
Czy jej pomogłam? Mam nadzieje Starałam się cały czas być z nią, wspierać, trzymałam kciuki, służyłam radą, dobrym słowem. Ale myślę, że największa praca przede mną, właśnie teraz. Historia zakończona wspaniale, Para kochających się ludzi ma swoje ukochane maluchy. I ta historia się już skończyła. Ale rozpoczyna się nowa. Teraz będę wspierać Kasię i Jacka w opiece nad bliźniakami. Jak czyta to jakaś mama to wie że to wcale nie będzie łatwe
Ale ja lubię wyzwania, a jeszcze bardziej lubię pomagać, w szczególności tak wspaniałym ludziom Jak Kasia i Jacek.
Dzięki nim dużo się też nauczyłam, zobaczyłam na własne oczy jak długą, bolesną i męczącą walkę toczą ludzie z podobnymi problemami, jak łatwo jest ich zranić jednym nie przemyślanym zdaniem…