Swoje pierwsze kroki, a może raczej kroczki stawiane w pracy na sali intensywnego nadzoru pamiętam doskonale, moi pierwsi mali pacjenci wymagający szczególnej delikatności i troskliwości oraz ich mamy…często pozostawione same sobie, bez wsparcia ,bez informacji…niestety, takie były moje pierwsze odczucia…które postanowiłam zmienić dla dobra całego zespołu terapeutycznego w skład którego wchodzi przecież i mama dzieciątka…
Jaś urodził się z ciąży trwającej 32 tygodni ukończonej drogą cięcia cesarskiego z powodu zagrażającej zamartwicy , z niską masą urodzeniową i niewydolnością oddechową wymagającą wsparcia oddechowego typu CPAP, cewnikowania naczyń pępowinowych i żywienia pozajelitowego…stan Jasia był z początku bardzo ciężki, długo wyczekiwaliśmy poprawy. Rodzice Jaśka byli ludźmi głęboko wierzącymi, gdy poprosili o chrzest dla synka byłam bardzo wzruszona…zostałam też matką chrzestną co dodatkowo działało na mnie niezwykle mobilizująco…zalana łzami poczułam się odpowiedzialna za życie Jasia, a także jego mamą, która czułam że mnie również bardzo potrzebuje…w tych ciężkich dla nich chwilach. Przez kilka następnych dni stan Jaśka stabilizował się i powoli zaczął się poprawiać…wprowadzono minimalne żywienie troficzne. Starałam się jak mogłam wspierać p.Martę i zachęcałam do kontaktu z synkiem dotykania, głaskania czy rozmawiania…a nawet pomagania w czynnościach pielęgnacyjnych takich jak zmiana pampersa czy sondowanie…co dawało matce siłę by przetrwać kolejny dzień. Po kilku dniach wolnego kiedy wracałam do pracy z pełnym zapałem czekało mnie nie lada duże rozczarowanie…p.Marta histerycznie płacząc, pożaliła się że czuje się jak intruz który nie ma żadnych praw do własnego dziecka, że jest jak ,krowa dojna’’ której jedynym zadaniem wręcz obowiązkiem jest odciągnięcie pokarmu na czas…po dłuższej rozmowie wyjaśniło się skąd tyle złości i goryczy w p.Marcie. Zrobiło mnie się wówczas przykro, za moje koleżanki, które zignorowały dobre chęci p.Marty nie poświęciły jej dostatecznej uwagi i poświęcenia…niestety stres przełożył się na laktację o którą musiałyśmy zawalczyć dla dobra Jaśka. Na nowo starałam się odbudować zaufanie p.Marty, które wydawało mnie się troszkę ograniczone…przytuliłam ją wtedy mocno by czuła iż nie jest sama w swoich dążeniach, że wszyscy pragniemy dobra dla Jasia.Taki mały czuły gest wystarczył by nasza współpraca przez następnych kilka tygodni układała się pomyślnie…