Dla dobra dzieci

Bycie położną dla wielu z nas duma i zadowolenie, że możemy wykonywać zawód niosący tyle radości, z bycia komuś potrzebnym w tych często ciężkim w nowe obowiązki czasie. Jesteśmy spełnione zawodowo gdy nasz trud włożony w sumienną pracę w środowisku obcych nam ludzi jest zauważany i doceniany. Wiele razy staramy się pomóc młodym rodzicom “ogarnąć” tą nową sytuację w ich domu, angażując się zarówno wiedzą, doświadczeniem, jak i pomocą rzeczową (czy to w formie próbek, czy akcesoriów do karmienia).
Z pomocą taką staram się kierować głównie do rodzin, gdzie wiem, że nie jest im łatwo sprostać wymaganiom dzisiejszego życia, gdzie niestety “bieda aż piszczy”. Gdy pierwszy raz przyjechałam na wizytę patronażową do Luizy i Romka przeraziłam się warunkami w jakich ci ludzie żyją. Jeden pokój spełniający rolę pokoju dziennego, sypialnię i pokój dla dzieci to zaledwie kilka metrów kwadratowych a w łóżeczkach pod ścianą śpiące tygodniowe bliźniaki! Julia i Jakub. Rodzice też nie przywitali mnie entuzjastycznie twierdząc, że pomoc położnej nie jest im potrzebna i że mogę więcej nie przychodzić. Praca w takich warunkach jak zapewne niejedna z pań położnych się przekonała nie należy wtedy do przyjemnych, gdy na każdym kroku trzeba się starać pokazać tym ludziom, że chcemy im pomóc. Wizyta ze względu na “stos” dokumentacji i dwoje noworodków trwała dłużej, co jeszcze bardziej denerwowało rodziców. A dla mnie ukazywał się coraz wyraźniej obraz trudnej rodziny, dla której nowo narodzone dzieci nie były taką radością jaką najczęściej spotykam w domach. Brak podstawowych akcesoriów dla dzieci, jakieś pojedyncze body i kaftaniki, mała ilość jednorazowych pieluszek, mogłyby przerazić każdego rodzica. Gdy zaproponowałam im pomoc w formie próbek kremów, żele do mycia, witaminki to nie zrobiło to na nich szczególnego wrażenia (“jak chcę to mogę zostawić”). Dzieciaczki oprócz swojej małej masy i powolnego przybierania na wadze od momentu wyjścia ze szpitala nie miały na szczęście jakiś trudności zdrowotnych. Z panią Luizą, która też na szczęście bez większych trudności przechodziła połóg, musiałyśmy trochę powalczyć o dostateczną laktację, aby wykarmić bliźniaki.
Na drugą wizytę zabrałam ze sobą dość okazałą paczkę ciuszków dla maluszków, które były odłożone na “czarną godzinę” dla takiej ubogiej rodziny, i tym razem wdzięczność mamy była już większa. Niestety karmienie piersią bliźniaków ją jak sama stwierdziła “przerosło” i trzeba było dzieci wykarmić mieszanką. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że takie pudełko mleka dla dwójki dzieciaczków starcza jej na 4 dni!!! okazało się, że dla oszczędności na 100ml wody wsypywała tylko jedną miarkę proszku. w tym momencie nie było ważne zdrowie dzieci tylko oszczędność!!! Dopiero poważna rozmowa uświadomiła jej jak bardzo takie postępowanie wpływa negatywnie na rozwój jej dzieci. Pani Luiza obiecała poprawę sytuacji i z taką nadzieją pojechałam na następną wizytę z zapasem butelek Lovi w torbie. Niestety i tym razem nie zastałam w jej domu dobrych warunków, gdy trafiłam na Panią Luizę z papierosem w ustach i małą Julką na rękach, i Jakubem leżącym w zadymionym pokoju. Traf chciał, że akurat po tej wizycie odebrałam telefon od Pani, która jest pracownikiem socjalnym i znając to środowisko prosiła, abym wyraziła opinię o warunkach jakie panują w domu Pani Luizy i małych bliźniaków. Opowiedziałam jej o wszystkich sytuacjach jakie zastałam w jej domu, zwracając szczególną uwagę na złą sytuację dla prawidłowego rozwoju dzieci przy takich postępowaniach ich rodziców. Jak się potem okazało, w sprawie rodziców Julii i Jakuba został wniesiony pozew o odebranie praw rodzicielskich.
Są to przykre sytuacje w naszej pracy położnej środowiskowej gdy nasza pomoc nie jest mile widziana, i wbrew naszym sugestiom i radom dawanym rodzicom oraz szczerym chęciom, warunki w domu nie ulegają poprawie, doprowadzając do ostatecznych, sądowych postanowień.